Znowu ten nostalgiczny nieco nastrój. Zwykle nachodzi mnie późnym wieczorem. W takich chwilach nie wiem, co ze sobą zrobić. Mam ochotę wyjść na spacer. Noc, niebo, gwiazdy, świerszcze i może jeszcze ktoś. Kiedyś tak zrobię. Może to głupie, ale kto powiedział, że nie mogę o tym marzyć? Mam ochotę coś zrobić, bo jakiś niedosyt czuję. To życie tak zwyczajnie się toczy. A jak inaczej, zapytacie? Nieważne, takie osobiste odczucie.
Trzy partie Scrabbli rozegrane wspólnie z Maćkiem. W pierwszych dwóch to ja odniosłam sukces, bo mój szanowny kolega układał wyrazu typu: meh (tak, przez samo "h") i żeto. O naszej grze Maciek również napisał na blogu.
Killing Silence rozbrzmiewał od rana. Teraz, za względu na nastrój, Paramore. Zespół na takie wieczory, doskonały.
wtorek, 18 sierpnia 2009
poniedziałek, 17 sierpnia 2009
Fail.
Jakoś tak nastrojowo się zrobiło.
Skończyłam Forresta oglądać, sama. Spodziewałam się innego zakończenia, ale to też mi się podobało. I sama nie wiem, co lepsze: książka czy film? Sporo różnic, ale nie będę ich tu teraz wymieniać.
To teraz czas na opisanie wczorajszego koncertu w naszej kochaniej wiosce, jaką jest Wołomin. Razem z Duśką i Klaudią wybrałyśmy się na 17. Kabaret Skeczów Męczących. O tej godzinie dzikich tłumów nie było, jedynie nieliczne grono. Można było się trochę pośmiać, ale nic genialnego nie było. Z resztą jakoś krótko panowie gościli na wołomińskiej scenie. Potem były występy taneczne, które nas zbytnio nie interesowały, więc razem z Duśką i Klaudią oddaliłyśmy się od skupiska ludzi. Przerwa. Nadszedł czas na zespoły, więc z powrotem udałyśmy się w kierunku sceny. Grał Nad Krakers (albo coś w ten deseń). Covery i wokalistka, która popijała wciąż wodę. W między czasie śpiewali laureaci PAWia, ale ich kompletnie olałyśmy. W którymś momencie przyszedł Norbert. A potem na scenę wkroczył... Killing Silence! Wspólnie z Duśką... oszalałyśmy. Podeszłyśmy nawet bliżej, by zobaczyć z bliska wokalistę (<3) i pozostałych członków wołomińskiej kapeli. Jestem cały obolały...
Nawet jeden BIS był, bo takie owacje chłopcy zebrali. . Myślałyśmy, że po KS nic/nikt już nas nie zadowoli, tymczasem... Piasek (no!) dawał radę. Na początku trochę sztywno było, on widać, też zaskoczony niską frekwencją tłumu piszczącego i trzymającego ręce w górze. Po kiepskim przyjęciu mogło być już tylko lepiej (trzy bisy). Darłyśmy się z Duśką (my to nazywamy śpiewem, nie?), klaskałyśmy, no, nieważne. Wracaliśmy grupą po 23. Miło wspominam wspólne wyjście, choć po tych 6 godzinach nogi bolały, ała, ale warto było. Chaotycznie wszystko opowiedziane, ale inaczej się nie dało, wybaczcie.
Dobra, jutro (jak dobrze pójdzie) reszta, czyli coś o Warszawie i epickich 'skrablach' z Maćkiem.
Skończyłam Forresta oglądać, sama. Spodziewałam się innego zakończenia, ale to też mi się podobało. I sama nie wiem, co lepsze: książka czy film? Sporo różnic, ale nie będę ich tu teraz wymieniać.
To teraz czas na opisanie wczorajszego koncertu w naszej kochaniej wiosce, jaką jest Wołomin. Razem z Duśką i Klaudią wybrałyśmy się na 17. Kabaret Skeczów Męczących. O tej godzinie dzikich tłumów nie było, jedynie nieliczne grono. Można było się trochę pośmiać, ale nic genialnego nie było. Z resztą jakoś krótko panowie gościli na wołomińskiej scenie. Potem były występy taneczne, które nas zbytnio nie interesowały, więc razem z Duśką i Klaudią oddaliłyśmy się od skupiska ludzi. Przerwa. Nadszedł czas na zespoły, więc z powrotem udałyśmy się w kierunku sceny. Grał Nad Krakers (albo coś w ten deseń). Covery i wokalistka, która popijała wciąż wodę. W między czasie śpiewali laureaci PAWia, ale ich kompletnie olałyśmy. W którymś momencie przyszedł Norbert. A potem na scenę wkroczył... Killing Silence! Wspólnie z Duśką... oszalałyśmy. Podeszłyśmy nawet bliżej, by zobaczyć z bliska wokalistę (<3) i pozostałych członków wołomińskiej kapeli. Jestem cały obolały...
Nawet jeden BIS był, bo takie owacje chłopcy zebrali. . Myślałyśmy, że po KS nic/nikt już nas nie zadowoli, tymczasem... Piasek (no!) dawał radę. Na początku trochę sztywno było, on widać, też zaskoczony niską frekwencją tłumu piszczącego i trzymającego ręce w górze. Po kiepskim przyjęciu mogło być już tylko lepiej (trzy bisy). Darłyśmy się z Duśką (my to nazywamy śpiewem, nie?), klaskałyśmy, no, nieważne. Wracaliśmy grupą po 23. Miło wspominam wspólne wyjście, choć po tych 6 godzinach nogi bolały, ała, ale warto było. Chaotycznie wszystko opowiedziane, ale inaczej się nie dało, wybaczcie.
Dobra, jutro (jak dobrze pójdzie) reszta, czyli coś o Warszawie i epickich 'skrablach' z Maćkiem.
wtorek, 11 sierpnia 2009
Będzie edit. Był edit.
Przyszedł czas na kolejny wpis. Im więcej się dzieje, tym trudniej to opisać. Zacznę od Mazur. Były to tylko trzy dni w Tardzie, koło Ostródy. Znalazłam dość drogi ośrodek wczasowy. Razem z rodzicami oczekiwaliśmy luksusu. Na pierwszy rzut oka: uciekać!, odludzie, głusza. Z rówieśnikami byłoby lepiej, ale przeżyłam, całkiem dobrze się bawiłam. Pojeździłam trochę konno, tzn. uczyłam się. Świetna sprawa, ale tylko 'od święta'. Mam sentyment do Ostródy. Odbyło się tam pewne spotkanie. Spięcie, onieśmielenie, ale 'fajność'. Choć na celowniku mieli nas rodzice. Pozwolicie, że przebieg spotkania pozostawię dla siebie. Na tym miało się skończyć, ale... tak się nie stało, na szczęście. Po raz drugi spotkaliśmy się w Miłomłynie. Cudownie.
(Edytowałam wcześniej, ale ze względu na odłączenie prądu kopia robocza przepadła.)
Te (jedynie) trzy dni nad jeziorem Bartężek (nie śmiać się z nazwy) będę wspominać miło.
Moim częstym kompanem jest obecnie Duśka (modelka, nieoficjalna jeszcze). Jutro zamierzamy obejrzeć Forresta Gumpa, zobaczymy, co z tych naszych planów wyniknie.
Specjalnie dla Maćka, pragnę zaznaczyć, że dołączyłam na laście do grupy Belarus. Moja znajomość rosyjskiego nie jest zadowalająca. Powinnam mówić biegle w tymże języku, tymczasem mam sporo braków. Ale dość o tym.
Dostałam płytę Coldplay i wróciła miłość do Chrisa. Sciągnęłam też parę piosenek z poprzedniej ich płyty.
Tyle bym chciała napisać, ale nie mam siły. Czekam na zeszyt od Maćka, który stanie się zapewne moim pamiętnikiem.
(Edytowałam wcześniej, ale ze względu na odłączenie prądu kopia robocza przepadła.)
Te (jedynie) trzy dni nad jeziorem Bartężek (nie śmiać się z nazwy) będę wspominać miło.
Moim częstym kompanem jest obecnie Duśka (modelka, nieoficjalna jeszcze). Jutro zamierzamy obejrzeć Forresta Gumpa, zobaczymy, co z tych naszych planów wyniknie.
Specjalnie dla Maćka, pragnę zaznaczyć, że dołączyłam na laście do grupy Belarus. Moja znajomość rosyjskiego nie jest zadowalająca. Powinnam mówić biegle w tymże języku, tymczasem mam sporo braków. Ale dość o tym.
Dostałam płytę Coldplay i wróciła miłość do Chrisa. Sciągnęłam też parę piosenek z poprzedniej ich płyty.
Tyle bym chciała napisać, ale nie mam siły. Czekam na zeszyt od Maćka, który stanie się zapewne moim pamiętnikiem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
