poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Fail.

Jakoś tak nastrojowo się zrobiło.
Skończyłam Forresta oglądać, sama. Spodziewałam się innego zakończenia, ale to też mi się podobało. I sama nie wiem, co lepsze: książka czy film? Sporo różnic, ale nie będę ich tu teraz wymieniać.
To teraz czas na opisanie wczorajszego koncertu w naszej kochaniej wiosce, jaką jest Wołomin. Razem z Duśką i Klaudią wybrałyśmy się na 17. Kabaret Skeczów Męczących. O tej godzinie dzikich tłumów nie było, jedynie nieliczne grono. Można było się trochę pośmiać, ale nic genialnego nie było. Z resztą jakoś krótko panowie gościli na wołomińskiej scenie. Potem były występy taneczne, które nas zbytnio nie interesowały, więc razem z Duśką i Klaudią oddaliłyśmy się od skupiska ludzi. Przerwa. Nadszedł czas na zespoły, więc z powrotem udałyśmy się w kierunku sceny. Grał Nad Krakers (albo coś w ten deseń). Covery i wokalistka, która popijała wciąż wodę. W między czasie śpiewali laureaci PAWia, ale ich kompletnie olałyśmy. W którymś momencie przyszedł Norbert. A potem na scenę wkroczył... Killing Silence! Wspólnie z Duśką... oszalałyśmy. Podeszłyśmy nawet bliżej, by zobaczyć z bliska wokalistę (<3) i pozostałych członków wołomińskiej kapeli. Jestem cały obolały...
Nawet jeden BIS był, bo takie owacje chłopcy zebrali. . Myślałyśmy, że po KS nic/nikt już nas nie zadowoli, tymczasem... Piasek (no!) dawał radę. Na początku trochę sztywno było, on widać, też zaskoczony niską frekwencją tłumu piszczącego i trzymającego ręce w górze. Po kiepskim przyjęciu mogło być już tylko lepiej (trzy bisy). Darłyśmy się z Duśką (my to nazywamy śpiewem, nie?), klaskałyśmy, no, nieważne. Wracaliśmy grupą po 23. Miło wspominam wspólne wyjście, choć po tych 6 godzinach nogi bolały, ała, ale warto było. Chaotycznie wszystko opowiedziane, ale inaczej się nie dało, wybaczcie.
Dobra, jutro (jak dobrze pójdzie) reszta, czyli coś o Warszawie i epickich 'skrablach' z Maćkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz