poniedziałek, 22 czerwca 2009
Nikt tak pięknie nie mówił...
Ponad tydzień nie pisałam i mam to teraz nadrobić? Aj, świetnie było, naprawdę. Lubię być zajęta, lubię chodzić na próby i lubię mieć poczucie obowiązku. Tak właśnie było z chórem i zakończeniem 3. klas. Gdzie ta keja? Od przyszłego roku chodzę na chór, koniecznie! Angielski + myślę nad niemieckim. Dobra, teraz mamy wakacje, czas spędzany kreatywnie! Ostatni tydzień to próby, grzanki, wspólnie spędzany czas z Aliszią. Wczoraj odbyło się przyjęcie imieninowe. Fajnie było, seriously. Norbert wywarł na mnie w miarę pozytywne wrażenie. Ten nasz klasowy rozbawia do łez. To właśnie dzięki męskiej części gości było tak zabawnie. Grzesiu opowiadał kawały. Zaraz zdjęcia zrzucę, żałuję, że tak mało ich zrobiłam, ale w miarę mi się podobają. I nie uwieczniłam zbitej szyby. Piłka, N., wiecie. Maciej nagrał mi kilkanaście utworów. Ach, słucham sobie. Tylko szkoda, że płyta nie odtwarza w CD play'erze. Na mojego lasta zapraszam, trochę się tam zmieniło. I niby dobrze, bo sporo jest utworów (które naprawdę lubię), ale przecież nie jestem jakąś wierną słuchaczką Pidżamy Porno, a dzięki Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości, ten zespół wskoczył na wysokie miejsce w rankingu. Jakie długie zdanie stworzyłam, nie wiem, czy poprawnie. Za dużo, by pisać. Do babci jadę pod koniec tego tygodnia. A wcześniej na pewno spotkanie z Alą i Maciejem. Posłuchałabym chętnie Evanescence, bo O. przypomniał mi o jednej piosence tego zespołu (rock/metal?): Bring me to life, którą ściągnęłam. Ciekawe, co tam jeszcze mają, bo ten utwór jest podobno najmniej mroczny itd. Nie czytam całego posta w celu sprawdzeniu błędów, bo mi się nie chce. Posłucham sobie muzyki, poczytam, ma być dopsz. I to słynne: dziękuję + dygnięcie.
sobota, 13 czerwca 2009
Rozbijmy ten lód!
Długo nie pisałam. Sobota, jak sobota - beznadziejna. Totalny leń, nie cierpię tego dnia w tygodniu! Objadam się i czuję gruba, ha. Taka moja tradycja. Mogę się jej jakoś wyzbyć? Błagam. Gdyby nie padało, to byśmy się na spacer z Alą wybrały. Muzyka, słucham. Coś sobie bazgrzę w nowym, twórczym zeszycie. Skrobię. Taki wpis nie powinien się raczej pojawiać, ale niech będzie. Bo żyję.
A własnie. Ostatnio słucham: Cicho (Farny), A mogło być tak pięknie (Reni).
A własnie. Ostatnio słucham: Cicho (Farny), A mogło być tak pięknie (Reni).
sobota, 6 czerwca 2009
To duch tej Opery!
Uf, ale zmęczona jestem! Ostatnio wciąż tak się czuję. Nie jestem przyzwyczajona do tylu atrakcji. Dziś znowu spódnicę założyłam i nawet nie wyglądałam jak nierządnica. Przed teatrem byłyśmy jeszcze z Aliszią w EMPiKu. Płyty oglądałyśmy, zakupiłam Prospekts March Coldplaya z 8 utworami (wiem, żel troszkę). Piersze wrażenie - średnie/kiepskie. No, ale dopsz, muszę się wsłuchać, teksty przejrzeć. Potem Upiór w Operze. Ogólnie wrażenia z teatru pozytywne. Nie powaliło mnie na kolana, ale owacje na stojąco były. Później znowu wędrówka po Warszawie. Pogoń za chłopcami z dłuższymi włosamo była. Takie żarty są fajne. W autobusie przez większą część drogi puszczałyśmy piosenki z mojej komórki. Jakiś młody ksiądz sobie siedział, komentarze o nim pisałyśmy w wersjach roboczych SMSów. Głowy nas bolały, byłyśmy zmęczone 'bieganiną', ale było OK. Czy ja kogoś zawodzę? Wybaczcie, ale ostatnimi czasy jestem cholernie zmęczona. Mam Barcelonę i A Ty? na dysku. Dziękować Maćkowi. Jutro niedziela? O... mam w poniedziałek pisemny test z angielskiego! Tematy na ustny też muszę skończyć. Nie znoszę tej cechy, ale zawsze zostawiam wszystko na ostatnią chwilę. Dziękować też Aliszi, za całokształ, ha. Kończę. A zapomniałabym o tych dziewczynkach w teatrze... nie ma to jak klasa takich nastolatek.
piątek, 5 czerwca 2009
Angels and Demons.
Uh, ale zmęczona jestem. Jednak muszę opisać dzisiejszy dzień! Wycieczka, z Alą w autokarze. Rozmowa się kleiła. Aliszia trochę fruwa i chodzi po niebie. Maciek przyniósł wczoraj starą płytę ZETki, ale jest kilka fajnych piosenek: Fix You (Coldplay!), Skłamałam, Mój itd. Umuzyczniam się. Ale nie o tym miało być. W Muzeum Wojska Polskiego (tak niedaleko była Bitwa pod Grunwaldem!) trochę nudnawo, ale krótko i w miarę sprawnie, więc dopsz. Staliśmy kilkanaście minut na dworzu, a zimno było! Potem do Złotych Tarasów jechaliśmy. Ala otwierała moje żelki i ... dwie udało mi się zjeść, bo reszta... się rozsypała! Przed seansem mieliśmy 40 minut czasu wolnego, więc rzuciliśmy się na KFC. Wzięłam Jogo-fruta, dziewczyny też (plus frytki). Jak można tam było wsadzić zamrożone truskawki? Błagam! Potem na Anioły i Demony. Jak dla mnie - świetny film. Hanks, McGregor (dopiero Maciek mnie uświadomił). Trzymał w napięciu. Pozory myliły w tym filmie. Nie napiszę, co jeden pan robił w samochodzie (sama tego nie widziałam, ale inni-owszem), niepoważny był, ale takie mieli z tego brechty na tylnych siedzieniach, że RZE.
Aliszia wraz z Duśką odprowadziły mnie na angielski, byłam ok. 16.40, więc szybko zleciało. Potem szybko samochodem do domu i na wernisaż do Muzeum Nałkowskiej. Nie trwał on tak długo, jak się spodziewałam. Dziewczyny czekały na mnie przed wejściem: Aliszia i Duśka (której miało tam nie być, ale dopsz, że przyszła). Program trwał ok. godziny, szybko zleciało. Było jedno. ekhem. bezczelne zajście. Mianowicie, nasz były pan dyrektor przyszedł po koniec wernisażu i zaczął rozdawać swoje wizytkówki, jako kandydat do europarlamentu. Dobra. Origami, obrazy - cudne, naprawdę. Zresztą, kolczyki naszej pani od matematyki też, a tego bym się akurat nie spodziewała. Powiedziałyśmy z dziewczętami kulturalnie Dzień dobry mojej ulucionej pani od polskiego, miło. Kurcze, fajnie było. Jutro Upiór, razem z Alą jedziemy wcześniej (i dobrze Wam tak!), ale na miejscu, w teatrze kiepska ekipa będzie. Pominęłam pewnie coś, o czym chciałam napisać, ale dobra (dobra, nic, cześć, pś). Nic nie wyjaśniam, możecie nie zrozumieć. Powinniście jedynie wiedzieć, że fajnie było. Pogadałyśmy sobie w drodze (na około!) powrotnej z Duśką, która poszła na house'a na House'a. Chaotyczny ten wpis, bardzo, wybaczcie, to z emocji i zmęczenia. Może za bardzo się cieszę? Ale chyba warto dla takich chwil. A teraz zmęcznie bierze górę. Jeśli mnie zrozumieliście, to serdecznie Wam gratuluję.
Jestem w podtekście, mieszkam gdzieś. W przenośni chowam się.
PS. Próba csp (stała nazwa!) przełożona.
Aliszia wraz z Duśką odprowadziły mnie na angielski, byłam ok. 16.40, więc szybko zleciało. Potem szybko samochodem do domu i na wernisaż do Muzeum Nałkowskiej. Nie trwał on tak długo, jak się spodziewałam. Dziewczyny czekały na mnie przed wejściem: Aliszia i Duśka (której miało tam nie być, ale dopsz, że przyszła). Program trwał ok. godziny, szybko zleciało. Było jedno. ekhem. bezczelne zajście. Mianowicie, nasz były pan dyrektor przyszedł po koniec wernisażu i zaczął rozdawać swoje wizytkówki, jako kandydat do europarlamentu. Dobra. Origami, obrazy - cudne, naprawdę. Zresztą, kolczyki naszej pani od matematyki też, a tego bym się akurat nie spodziewała. Powiedziałyśmy z dziewczętami kulturalnie Dzień dobry mojej ulucionej pani od polskiego, miło. Kurcze, fajnie było. Jutro Upiór, razem z Alą jedziemy wcześniej (i dobrze Wam tak!), ale na miejscu, w teatrze kiepska ekipa będzie. Pominęłam pewnie coś, o czym chciałam napisać, ale dobra (dobra, nic, cześć, pś). Nic nie wyjaśniam, możecie nie zrozumieć. Powinniście jedynie wiedzieć, że fajnie było. Pogadałyśmy sobie w drodze (na około!) powrotnej z Duśką, która poszła na house'a na House'a. Chaotyczny ten wpis, bardzo, wybaczcie, to z emocji i zmęczenia. Może za bardzo się cieszę? Ale chyba warto dla takich chwil. A teraz zmęcznie bierze górę. Jeśli mnie zrozumieliście, to serdecznie Wam gratuluję.
Jestem w podtekście, mieszkam gdzieś. W przenośni chowam się.
PS. Próba csp (stała nazwa!) przełożona.
Etykiety:
dziewczyny,
małe szczęście,
muzyka,
warszawa,
żel
środa, 3 czerwca 2009
Bo nawet Anioły się zakochują.
Mam pozostawić bez komentarza? Ale ja tak bardzo się cieszę! Fruną, fruną do góry.
Trochę za późno się zebrałam na ten wpis, ale ja to ja. Zakochani. Tak, chyba fajnie jest być zakochanym. I chyba ja coś o tym wiedziałam.
W szkole luz. Wolne lekcje. Moje codzienne zajęcie z Alą: piszemy tekst jakiejś piosenki, rysujemy kwiatki, dajemy drzeć kartkę Duśce, a potem sklejamy ją taśmą. Świetne, polecam! Chyba znalazłam wspólny język z Aliszią.
Jutro 5 lekcji, szybko zleci. W piątek wycieczka, w sobotę niby odrabiamy coś tam (zamiast festynu, bo w końcu go nie ma!), ale jedziemy na Upiora.
W sumie dopsz jest, aż pisać nie mogę, z emocji?
Kryzys czytelniczy trwa. Chociaż Tam, gdzie spadają anioły coś w sobie ma. Taylor Swift ciąg dalszy. Śpiewam sobie, ostatnio częściej niż zwykle. Czyżby zasługą tego było CSP lub Bass vs bass? Duśka się orientuję. Chcę soboty!
O matko, miałam pisać tematy na ustny, a ja siedzę i palcem nawet nie kiwnę! Bo jestem sobie anonimem, takim maluśkim. Ale skrobnę dziś jeszcze coś po angielsku.
Trochę za późno się zebrałam na ten wpis, ale ja to ja. Zakochani. Tak, chyba fajnie jest być zakochanym. I chyba ja coś o tym wiedziałam.
W szkole luz. Wolne lekcje. Moje codzienne zajęcie z Alą: piszemy tekst jakiejś piosenki, rysujemy kwiatki, dajemy drzeć kartkę Duśce, a potem sklejamy ją taśmą. Świetne, polecam! Chyba znalazłam wspólny język z Aliszią.
Jutro 5 lekcji, szybko zleci. W piątek wycieczka, w sobotę niby odrabiamy coś tam (zamiast festynu, bo w końcu go nie ma!), ale jedziemy na Upiora.
W sumie dopsz jest, aż pisać nie mogę, z emocji?
Kryzys czytelniczy trwa. Chociaż Tam, gdzie spadają anioły coś w sobie ma. Taylor Swift ciąg dalszy. Śpiewam sobie, ostatnio częściej niż zwykle. Czyżby zasługą tego było CSP lub Bass vs bass? Duśka się orientuję. Chcę soboty!
O matko, miałam pisać tematy na ustny, a ja siedzę i palcem nawet nie kiwnę! Bo jestem sobie anonimem, takim maluśkim. Ale skrobnę dziś jeszcze coś po angielsku.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
