Tytuł z dedykacją dla Maćka.
Parę tygodni się nie pisało, więc trzeba teraz to nadrobić. Tylko jak? Początek wakacji świetny. Ostatnie dni czerwca, pierwsze lipca - spacery z Alą, Edą, Maciejem. Warszawa, sztandar, ZT. Za dużo, by to wszystko opisać. Wyjazd do babci, tam nudy, ale skromne rodzinne grono. Aliszia wyjechała, szkoda, ale jakoś sobie poradzę z Maciejem (of course! do czasu, bo Niechorze na niego czeka) i Duśką (solidarność! scrabble, szachy + mrugnięcie). I niby chce się pisać, a leń okropny. Nie potrafiłabym pisać (sumiennie) pamiętnika, ale podziwiam osoby, które to robią. Cholera, tyle się działo, ale nie, po co tu pisać, po co upamiętniać dobre chwile?! Z pamięcią u mnie krucho, wiecie. No, nieważne, nie będę się tu teraz żaliła. I będzie krótko, i będzie bez sensu, ale będzie. Pasuje? Dziś rano sobie trochę pobiegałam z Maćkiem. No dobra, w gruncie rzeczy było więcej spaceru niż joggingu, ale i tak jakaś maluśka satysfakcja jest. Chyba pożyczę jakoś płytę od Maćka. Byłam dziś z Duśką na mieście, w bibliotece. Cztery książki wypożyczyłam, a tyle samo mam do przeczytania w domu. Weny tyle, co nic. Czytać, czytać, czytać trza. Koniec pisania od rzeczy. Żegnam się uroczyście.
Stanowczo nie umiałabym pisać pamiętnika.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz